Na polance
U góry rozpościerał się blady błękit, przetykany snującymi się nieśpiesznie jasnoszarymi, rozmytymi obłokami. Naokoło tłumnie zebrały się drzewa. Jedne mocniej przytulone do siebie nawzajem, inne trochę dalej od siebie ale wciąż trzymające się za gałęzie. Zebrały się wokół polanki, na której wciąż zieleniła się trawa, pokryta różnokolorowymi liśćmi w ciepłych odcieniach. Jakby całe słońce i ciepło lata zbierało się w nich miesiącami, aby na jesień przesycone upałami mogły w końcu pozwolić sobie opaść z sił i odpocząć, jedne wtulone w drugie.
Z jednej strony promienie słońca opierały się na koronach drzew, a miękkie światło spływało wciąż ciepłym blaskiem na ich gałęzie. Zupełnie jakby próbowały dotrzeć w jak najgłębsze zakątki, by jeszcze przed kończącym się latem zabrać w sobie ciepło na nadchodzącą jesień i zimę.
Jedno z drzew miało wyjątkowo nachyloną ku polanie sylwetkę, a jego gałęzie rozpostarły się jak parasol. Pod nim leżała stara już i lekko zbutwiała kłoda, która zachęcała by chwilę zostać.
Przysiadłam więc i uśmiechnęłam się do tego miejsca. A może też trochę do siebie.
Ustał miejski szum, nie było słychać samochodów, ludzi, nie było czuć pośpiechu. Zatrzymała się karuzela myśli. Świat zwolnił.
Zanurzyłam dłonie i stopy w gąszczu liści, zamknęłam na chwilę oczy. Czułam pod palcami powierzchnię listków, jedne bardziej przysuszone i lekko chropowate, inne miękkie i wciąż wilgotne. Zupełnie jak skóra. Przeciągałam palcami po unerwieniu, tak podobnym do tego na moich nadgarstkach. Wdychałam zapach mchu, żywicy, drewna. Wilgoć, unoszącą się spomiędzy traw i liściowego koca. Oddychałam życiem.
Otworzyłam oczy. Okazało się, że nie jestem sama. Maleńki pająk zaczynał tkać swoją sieć zaraz obok, opuszczając się powoli na nitce z wysokiej łodygi trawy polnej. Obok kilka mrówek dreptało, przenosząc pracowicie swoje znaleziska. Latały małe muszki, które unosząc się w jednym miejscu nad roślinnością, kręciły się w kółko.
Słońce zaszło już bardzo nisko za drzewa po przeciwnej stronie polanki. Zostały już tylko plamki i smugi słabego światła, przebijające się miękko spomiędzy pni.
Polankę pokrył cień, który stawał się coraz ciemniejszy i chłodniejszy. Gestniał stopniowo, bawiąc się w berka wraz z gasnącym słońcem. Na przeciwko, nad ziemią unosiła się półprzezroczysta, ledwie widoczna mglista poświata.
Zostałabym jeszcze chwilę...
