Takie podatne
Na obrzeżach miasteczka, otoczony łąkami i lasem stał kwadratowy jak klocek domek z płaskim dachem. Ale to już wiesz.
Domek w zamyśle był jednorodzinny ale mieszkały w nim cztery pokolenia naraz. Najstarsze reprezentowała Hania, młodsze jej córka Jasia z mężem, a kolejne jedna z ich córek wraz z mężem oraz dziećmi, czyli młodszą Asią i Elą.
W tym domu wszystkie dzieci na przestrzeni lat wychowywane były przez kobiety. Mężczyźni zajmowali się pracą, zarówno tą główną, zarobkową, jak i dodatkowymi źródłami utrzymania. Wiedzieli, że jakieś pokurcze gdzieś tu czasem się przemieszczały, nawet było je słychać, za co trzeba je skarcić i to byłoby na tyle. Nie to, żeby kobiety w tej rodzinie nie pracowały, ale tak jakoś się złożyło, że jako drugi etat miały na głowie dom i dzieci. Ot, standard.
Córka Jasi pracowała w liceum jako nauczycielka języka angielskiego, a po lekcjach udzielała korepetycji w domu i dorabiała jako tłumacz przysięgły. Ciągle w biegu. Dziećmi zajmowały się przeważnie Hania i Jasia. Głównie ta pierwsza, bo druga wciąż spełniała się zawodowo. A Hania zawsze była w domu. Otwierała drzwi, witała z uśmiechem, kładła się spać zawsze ostatnia upewniając się, że wszyscy są bezpieczni i w łóżkach. Najcierpliwiej na świecie wysłuchiwała szkolnych, najpoważniejszych na świecie dramatów, zdejmowała z dzieci przemoknięte ubrania, wkładała im stopy do miski z ciepłą wodą, wsuwała w zmarznięte dłonie szklankę z ciepłą i słodką herbatą. Pytała co ma się ochotę zjeść i w kuchni spełniała życzenia kulinarne jak tylko mogła i potrafiła. A potrafiła świetnie, bo pracowała kiedyś w gospodzie na kuchni. Dbanie o rodzinę i karmienie bliskich było dla niej szczególnie ważne, może dlatego że jej samej za młodu często doskwierał głód.
Wieczorami Hania zabierała dziewczynki do kąpieli. Kiedyś swoją córkę, a potem wnuki kąpała w metalowej balii, a prawnuczki już w wannie. Bo na piętrze, gdzie mieszkali rodzice dziewczynek, na początku lat 90 był już prysznic. A na parterze u dziadków była wanna. Prawdziwa, duża, metalowa i biała wanna, w której małe wtedy siostry mieściły się obydwie naraz i spędzały długi czas na taplaniu się w pachnącej zielonym jabłuszkiem wodzie i przypadkowym wylewaniu poza wannę większości piany. Prababcia doglądała, żeby żadna się nie utopiła, żeby woda nie wystygła za bardzo ani żeby inna krzywda nam się nie podziała. Na koniec, gdy łazienka miała już wilgotny i duszny klimat tropików i brakowało tylko palm, orangutanów oraz tukanów, Hania owijała prawnuczki w ręczniki jak w kokony i wyciagała po kolei, ociekające jeszcze wodą, która kapała obficie z włosów i mokrych stóp po całej łazience.
Włosy były dla Hani bardzo ważne. Sama wspominała, że kiedy była panienką, nosiła dwa długie, grube i ciemne warkocze do pasa. I tak też czesała swoją córkę. Do teraz czarno białe zdjęcie około dwudziestoletniej Jasi z warkoczami wisi w domu, oprawione w drewnianą ramkę.
A Hania, swoje szarosiwe i długie za ramiona, ale wciąż gęste jak na swój wiek włosy, pielęgnowała zawsze rano siedząc na brzegu łóżka w koszuli nocnej. Ela bardzo lubiła na nią patrzeć, gdy w swoich leciwych palcach trzymała niewielki grzebień i czesała włosy długo, patrząc za okno w zamyśleniu, a czasem nucąc po cichutku jakąś melodię. Zaplatała pasma w warkocz, a nastepnie zwijała w koka tuż nad karkiem, przytrzymując zawiniątko lewą dłonią, a palcami prawej podpinała kosmyki wsuwkami. Poranny rytuał prababci był jak rozczulające misterium, pełne spokoju i magii.
Hania osuszała włosy dziewczynek ręcznikami, potem rozczesywała kołtuny długo i cierpliwie. Asia miała rzadsze i cienkie włosy, ktore ścinano krócej w myśl przeświadczenia, że im częściej się przycina tym bardziej zgęstnieją. Ela też miała też cienkie ale trochę gęstsze, więc pozwolono im rosnąć. Były długości za ramiona i Hania mogła z nich pleść dwa warkocze, co czyniła zawsze i koniecznie gdy włosy były jeszcze mocno wilgotne. Końcowe luźne pasma kręciła lekko na palcu. „One są takie podatne, Elżuniu...„
Przyszedł czas, kiedy siostry wyrosły ze wspólnych kąpieli. Starsza, nauczona przez Hanię, że trzeba dobrze rozczesać włosy, rozczesywała. Ale nie splatała warkoczy, bo to dla małych dzieci przecież. Suszyła je suszarką, ale one wcale się nie chciały układać. Puszyły się, każde pasmo w swoją stronę. Jak piorun w miotłę. „Pfff.. Niesforne a nie podatne, Babciu. Niesforne siano...„.
Tak nie może być, trzeba coś z tym zrobić. Najlepiej wyprostować. Tak. Tak będzie najlepiej.
I tak było. Wiesz, nikt nigdy nie powiedział, że można inaczej. Poza tym, po latach 80 i szaleństwie ówczesnych natapirowanych i pokręconych fryzur, które wyglądały jak po włożeniu drutów do gniazdka elektrycznego nastała moda na proste włosy. Pamiętasz lata 90? Kate Moss, Naomi Campbell, Cindy Crawford, Claudia Schiffer. Jennifer Aniston, serialowa Rachel z „Przyjaciół„. Chewbacca z „Gwiezdnych Wojen„, Kuzyn Coś z „Rodziny Addamsów„. Nawet Alf miał proste włosy.
I tak zostało. Do momentu, kiedy pojawił się internet, a w czeluściach tego ustrojstwa wykwitły, jak sinice w stawie, różne filmiki. Te fajne i te głupie. Te bardziej wartościowe i te totalnie beznadziejne. I pomiędzy nimi był ten jeden. Ten, w którym dziewczyna miała puchate siano. Dokładnie takie puchate siano! I wiesz co? Okazało się, że da się inaczej.
I tak z siana zrobił się makaron z zupki chińskiej z Radomia. Potem lekko upośledzona mityczna Meduza. No i teraz włosy żyją własnym życiem. Mają swoje humory w zależności od wilgoci, temperatury, kierunku wiatru, ilości odżywki i faz księżyca. Ale im dłużej się coś odkrywa, tym lepiej się poznaje i rozumie. I jakoś jeszcze bardziej się lubi. Z całym inwentarzem dziwactw i pokręceniem w różne strony.
Wiesz, to zupełnie jak z ludźmi. Tylko trzeba im pozwolić żyć własnym życiem.
