Alchemik

Gdzieś daleko, a może trochę bliżej, za łąkami pełnymi szumiących traw, za grubymi gałęziami starych drzew pokrytych gęstym listowiem, na leśnej polanie przy brzegu strumienia znajduje się stara chatka. Niewielka, ze spróchniałego drewna, z dachem gęsto pokrytym zielonym, puchatym mchem. Z boku dobudowany jest ze starej cegły krzywy komin, porośnięty bluszczem wdzięcznie oplatającym toporną konstrukcję. Obok stoi kawałek czegoś, co kiedyś było płotem, a zostało z niego tylko tylko kilka wyszczerbionych i wypaczonych sztachet, każda wskazująca inny kierunek świata. Z jednej strony chyliło się toto ku ziemi pokrytej gęsto trawą i chwastami, a z drugiej opierało o pień jabłoni, która właśnie wypuściła delikatne, nieśmiałe i lekko zarumienione pączki kwiatów.

Chatka miała niski strop, jedne drzwi i jedno okno. W środku znajdowała się tylko jedna izba z łóżkiem, krzesłem, stołem i paleniskiem. Na stole wsuniętym pod okno stała lampa naftowa, bukiet suszonych ziół, kałamarz i pióro gęsie upaćkane gnieniegdzie kleksami. Nad paleniskiem wisiał kociołek, z którego zazwyczaj bulgotało, parowało i pachniało. Przy ścianach zaś piętrzyła się niezliczona ilość półek wypełnionych książkami z magicznymi zaklęciami, zwojów z notatkami, recepturami i proporcjami eliksirów, sentymentalnymi artefaktami, przedziwnymi amuletami, a do tego rozmaite fiolki, karafki, flakony i słoje zawierające tajemnicze składniki: jakiś pył w wielu barwach, chropowate granulki różnej wielkości, gęste i wodniste różnokolorowe substancje, suszone zioła, liście, korzenie. Było nawet coś, co się ruszało, lepiej nie wiedzieć. Część tych zbiorów została pokryta koronkową pajęczyną, wyplataną na bieżąco przez siedemnaste już pokolenie kątników domowych. Wszystko było istotne, przecież nigdy nie wiadomo kiedy coś się przyda. 

Miejsce to zamieszkiwał stary Alchemik. Właściwie nie był taki stary, ale sam zwykł mówić o sobie w ten sposób. Powtarzał, że jest brzydkim, zrzędliwym i starym głupcem. Ale wcale taki nie był. Owszem, trochę lat już przeżył, ale daleko mu było do własnego opisu. Był mężczyzną wysokim i szczupłym. Miał długie nogi, które niosły go przez pobliskie lasy i wrzosowiska, a duże stopy niejednokrotnie ratowały przed zbyt szybkim zapadaniem się w mokradłach. Jego dłonie też były duże, mieścił w nich wszystkie niezbędne znaleziska i składniki mikstur oraz sierp z rzeźbioną rękojeścią. Chodził lekko przygarbiony i wiecznie otoczony chmarą własnych myśli, mniej lub bardziej natrętnych, które unosiły się wokół niego jak ważki, podlatując raz bliżej ucha, raz nosa, a czasem po prostu wlokąc się za nim jak powiewający na wietrze szal.

Włosy lekko pokrywała mu srebrna poświata. Jedni powiadają, że to od szlachetnego serca kwitnienie jakieś, a inni bają, że to od patrzenia na nocne niebo. Ponoć kiedyś, gdy siedział na jedynym kamiennym schodku swojej chaty i gapił się w górę, tuż po północy kawałek księżyca pokruszył mu się na głowę. A to za sprawą nietoperza, któremu pomyliły się kierunki, a echolokację zaburzył rój przelatujących nieopodal komarów i gamoń zahaczył skrzydłem o brzeg lśniącej kuli.

 Alchemik początkowo nie zwrócił na to uwagi, ale gdy pył zaczął mu się sypać na brwi, jął mierzwić włosy we wszystkie strony jak szalony w nadziei, że wytrzepie to spadnięte paskudztwo. Ale jedynie udało mu się skutecznie wetrzeć pył w kosmyki. I choć sam nie był z tego faktu zadowolony, to srebrzysta poświata dodawała mu trochę tajemniczości i dużo uroku. 

Golił się rzadko, uznawał to za karygodną stratę czasu. Jednak długiej brody też nie tolerował, toteż raz w tygodniu poświęcał kilka cennych minut swojego życia na pozbycie się nadmiaru zarostu, który pieszczotliwie nazywał szczeciną. Oczy miał oprawione grubymi, wyraźnie zarysowanymi brwiami, a spojrzenie jasne i łagodne. Choć próbował czasem odstraszać ludzi, udając groźnego gbura, marszcząc czoło czy zerkając spode łba, to jak ktoś się nie bał i podszedł bliżej, mógł dostrzec w tych oczach bezmiar dobra, ciepła, wrażliwości i pewną dozę nieśmiałości.

Mieszkał Alchemik w tej swojej chatce na odludziu, czasem schodząc na pobliskie targowisko gdy brakowało mu do mikstur czegoś, czego nie mógł zdobyć w swoim lesie. Warzył co wieczór w kociołku swoje eliksiry, pomagając czasem ludziom z wioski. Naparami i wywarami leczył bezsenność, ból głowy, chore stawy i złamane serca. Robił okłady na drobne rany, opuchliznę i oczy, z których źle patrzyło. Talizmanami z magicznych kamieni i światłem świec z wosku pszczelego złe duchy i ciemne myśli odpędzał. Jałowe pola sypał jakimiś specyfikami, co to po nich ziemia rodziła jak szalona. Mówił, że jedynie na głupotę nie poradzi.

Kiedyś zamyślił się nad materią tworzącą ludzkie istoty. Skóra pokrywająca mięśnie, które z kolei trzymają na miejscu wnętrzności schowane w szkielecie. Ciało otaczające duszę. Mało praktyczne, nie wytrzymujące próby czasu. Ale stanowiące etui na emocje, uczucia i temperament. Szufladę na wspomnienia, aksamitny woreczek z troczkami na wrażliwość, sentymenty i spokój. Szkatułkę na sny i marzenia, miejsce na dobroć. Szafę na pokłady radości i energii. Albo siedlisko mrocznych myśli, koszmarów i zła. Jaskinię obojętności, smutku. Kłębowisko bólu i nerwów. Chociaż przeważnie w kociołku mieszają się wszystkie składniki, tylko w różnych proporcjach. Innych u każdej istoty ludzkiej.

A gdyby tak w nowiu księżyca? Gdy dwie planety łączą się ze sobą i zaczynają współpracować, gdy męska energia spotyka się z żeńską żeby stworzyć coś nowego. Gdyby wtedy uwarzyć kilka gęstych, zawiesistych i odmiennych, lekkich, lejących eliksirów? Połączyć je w różnych proporcjach i porozlewać na uzbierane wcześniej kawałki kory lipowej. Zostawić, aby o świcie osiadła na nich mgła, skropliła się poranna rosa, a następnie ogrzały i wysuszyły promienie słońca. I zaczekać aby znów ochłodził je wieczorny wiatr, wiejący ze wschodu. A potem powybierać ostrożnie ze szczelin kory powstałą materię i obracać w ciepłych dłoniach,  palcami formując cienkie nitki, niczym włóczka. Gdyby z tej delikatnej przędzy upleść twór i nazwać go duszą? Puścić w niebo, pozwolić jej unieść się w dowolną stronę bez konieczności wyboru ciała, na które byłaby skazana. Doświadczony alchemik potrafiłby zapewne sporządzić odpowiednią recepturę...

Z zamyślenia wyrwała mężczyznę mrówka, która jakimś sposobem znalazła się na jego ręce i spacerowała wokół nadgarstka. Zaczynała go lekko drażnić łaskotaniem, w końcu dreptała już dziewiąte kółko. Alchemik wziął głębszy oddech, jeszcze lekko upojony półsnem i zanurzony w gęstej mgle własnych przemyśleń. Podał mrówce źdźbło trawy, żeby mogła zmienić miejsce przechadzki i odłożył ją w pobliskie zarośla. Z powrotem usiadł na kamiennym schodku chaty i zadarł głowę w górę tak, jak miał w zwyczaju.

Niebo było jeszcze częściowo ciemne, usłane ostatnimi gwiazdami i nieco pochmurne, a słońce niosło się z zamiarem wychylenia się zza horyzontu malując na nim pierwsze tego dnia ciepłe, jasne barwy. 

Już czas - wyszeptał.

Już czas...

 







Popularne posty z tego bloga

Ręce

Takie podatne

Bez słów