Z sensem lub bez sensu


Sens życia. Z pewnością jest tematem, który do każdego co jakiś czas wraca. I w zasadzie to co mi się nakłębiło w głowie nie jest żadnym odkryciem, ani niczym takim, co by się filozofom nie śniło. Ale wiesz, jakoś przemawia do mnie bardziej i mocniej niż kiedyś, chyba lepiej to rozumiem i odczuwam teraz niż lata temu.

Bo tak sobie myślę, w tych poszukiwaniach chyba zbyt często postrzegamy sens jako coś wielkiego, skomplikowanego. A może właśnie wcale taki nie jest? Albo trochę jest, ale składa się na niego wiele drobnych elementów? Na przestrzeni życia zdarzają nam się różne sytuacje i -przede wszystkim- ludzie, którzy te sytuacje powodują. Może nawet pojawiają się w jakimś konkretnym, odpowiednim momencie życia, kiedy jesteśmy w stanie zrozumieć i przyjąć to, co cennego i ważnego jest do przekazania. Jakby nie było, od ludzi czegoś się dowiadujemy, uczymy. I nawet jak myślisz, że nic Cię nie zaskoczy to jednak coś czasem zaskakuje. Bywa, że coś dobrego, a bywa że wcale nie. Ale potrzebujemy zarówno tych pozytywnych, jak i niestety negatywnych doświadczeń żeby pewne rzeczy zrozumieć. Więc przeważnie z tych ludzi i wszystkiego co z nimi związane, jakiś element ze sobą zabieramy. Można powiedzieć, że to czy ktoś sobie od nas coś zabierze, to jego sprawa. Ale jednak tak nie do końca, bo to od nas zależy czy chcemy i zgodzimy się otworzyć i podzielić tym co w nas. 

Niektórzy ludzie pojawiają się i znikają dość szybko, może wtedy gdy nie mamy sobie wzajemnie nic ciekawego do zaoferowania. A czasem zostają w naszym życiu na dłużej i tak sobie wędrujemy tą samą drogą, być może do momentu aż wyczerpiemy pokłady wzajemnych wymian i potem każdy idzie w swoją stronę. Bo wydaje mi się niemożliwe, żeby ktokolwiek pozostawał w naszym życiu w sensie fizycznym przez cały czas. Ludzie przychodzą i odchodzą, pojawiają się i znikają. Chyba, że rodzina, bo wiadomo- więzy krwi. Ale mam na myśli tych, którzy do rodziny nie należą i którzy- może niezbyt ładnie to zabrzmi- nie muszą. Ale chcą. I jeżeli my też chcemy, żeby byli, bo tu bez obopólnej zgody nie ma porozumienia.

I tak jak napisałeś wcześniej, ludzie nawet w samotności są potrzebni. Przyznaję Ci rację. Bardzo ładnie i trafnie to ująłeś, że samotność jest po to, żeby odpocząć na własnych warunkach i przytuliłam sobie to. Ale przypomniało mi się też jak Kapuściński kiedyś powiedział czy napisał: „Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy się wie rzeczy, o których inni nie wiedzą i nie bardzo jest komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje.„ I to mi się wiąże z ostatnimi dwoma zdaniami poprzedniego akapitu.

No, ale- wracając do tematu- tak sobie myślę dalej, że idziemy i zbieramy. Ludzi, doświadczenia, sukcesy, porażki i wnioski. Coś się kończy, coś zaczyna. Burzymy i budujemy te nasze światy w nieskończoność. W efekcie składamy się w części z siebie, a w części z innych. A ci, którzy zostają na dłużej, stają się takim trochę większym fragmentem nas. Nieraz na tyle istotnym, że zostają w nas nawet gdy odchodzą. Tak, robi się czarna dziura, masz rację. Dobrze wiem o czym mówiłeś. Ale nawet jeżeli odchodzą z naszego świata czy z tego świata ogólnie, to jednak czasem gdzieś zostają w nas (jeżeli chcemy o nich pamiętać) w formie światła lub cienia, może barwy czy zapachu, słów, przemyśleń. Chociaż to pojawia się w nas dużo później, kiedy przepracujemy już żal i ból po stracie.

 I -wiem, powtarzam się - może my też stanowimy jakiś fragment kogoś innego. Większy lub mniejszy. No i tu pewnie trzeba się trochę zatrzymać. Bo, cytując Myśliwskiego, „ ile ludzi zmieści się w człowieku, żeby jeszcze czuł, że to on?„  Więc się zastanawiamy, coś wyrzucamy i coś zostawiamy, żeby uzbierać dokładnie tyle, ile trzeba żebyśmy wciąż byli bardziej sobą niż innymi. I możliwe, że takim sensem istnienia albo jednym z jego składowych jest wymiana fragmentu siebie z innymi, wymiana doświadczeń, przemyśleń, coś do zrozumienia, coś do przekazania.

I do tych międzyludzkich wymian, burzenia i budowania światów jako potencjalnego sensu życia dorzuciłabym jeszcze drobne radości. Te, które sprawiają że robi się w środku trochę jaśniej i cieplej kiedy znowu coś się rozpada, coś łatamy, czegoś szukamy i nie znajdujemy. Chwile, które, być może, bywają bardziej zależne od nas i pomagają przetrwać ten ciągły bałagan. Jak ciepła jeszcze kawa wypita powoli w ciszy, spokojny poranek z cichą muzyką, wieczór z książką pod miękkim kocem. Może spacer tam gdzie się lubi iść żeby dojść do siebie, moment kiedy widzisz coś jak nie widać zupełnie nic, zapach który rozlewa się ciepłem gdzieś pod skórą i maluje barwami pod powiekami. Coś, co podpowiada: no dobrze, baterie podładowane, teraz można się podnieść i iść dalej. Może nawet przydaje się czasem to całe snucie i realizowanie planów, jeżeli to komuś pomaga. I jeżeli ma się w sobie jeszcze siłę i przestrzeń na zabawę w kotka i myszkę z oczekiwaniami i rozczarowaniami.

No i to chyba tyle... Ale czy rozwiązania o sensie mają jakiś sens?







Popularne posty z tego bloga

Ręce

Takie podatne

Na chwilę