Ze światłem, do światła

Rodzimy się ze wschodem słońca by umrzeć wraz z zachodem. I umieramy o zmierzchu, by odrodzić się świtem.

Każdej nocy układamy zmęczone trudami minionego dnia ciało w pozycji, w której może spocząć bezwładnie. Powoli je uwalniamy, opuszczając na jakiś czas.

Ciężkie powieki opadają milczeniem by wyciszyć pragnienia, utulić tęsknoty i nadzieje, które trzymamy skrzętnie schowane przed światem. Pozaginane i wymięte, bo za każdym razem składane w inny sposób. 

Dłoń wsunięta pod policzek na chwilę daje wrażenie troski i namiastkę czułości. Opuszki sięgają skroni, nieświadomym dotykiem kojąc pulsujące echo uderzeń serca, wciąż rozedrganego po całym dniu niewsłuchiwania się w siebie i działania wbrew sobie.

Zmęczone, chłodne palce układają się jeden przy drugim szukając ciepła. Jeszcze lekko drżą, jakby dalej gotowe do działania, wciąż pamiętają kształty i struktury dnia. Ściskają jego skrawki by przypieczętować liniami papilarnymi. Nie chcą puścić wolno wspomnień, zatrzymując je choćby na chwilę dłużej. Oszukują nas, że chociaż tyle jest nam dane na własność.

Tak więc umieramy wraz z zachodem słońca. I ze świadomością, że nocą nikt ani nic nie czeka, niczego nie oczekuje. Zamykamy oczy, opuszczając na chwilę wiecznie niedoskonałe ciało. Wchodzimy w senny nurt i pozwalamy się ponieść. A gdy na chwilę poczujemy się bezpiecznie i beztrosko, uwalniamy najgłębiej skrywane pragnienia, pozwalając im na kilka chwil lotu. Rozpościerają wtedy skrzydła niedoszłych scenariuszy i szybują nad naszymi głowami, szepcząc do ucha wyblakłe obietnice.

A potem znów rodzimy się ze wschodem. Unosimy się z promieniem słońca by upaść wraz z jego zgaśnięciem. Nie bezboleśnie wracamy do ciała naznaczonego znużeniem i rozczarowaniem niespełnioną powtarzalnością. Zmęczeniem walką z wiatrakami, oszukiwaniem się. Naiwnym obiecywaniem sobie, że będzie lepiej, a potem żalem i rozgoryczeniem, że jednak nie jest. Wypracowane przez lata strategie przetrwania oparte na codziennej buchalterii życiowych zysków i strat poległy w gruzach. Jak bardzo można się czuć pustym i samotnym wśród ludzi?

Wciąż szukamy światła. Miękkiego, kładącego się jasnością na skórze, rozlewającego się ciepłem pod nią. Szukamy w rozmaitych miejscach, w innych ludziach, w momentach. Pod różnymi kątami i pretekstami. Czasem posyłamy komuś komu ufamy własną iskrę w nadziei, że odbije się światłem. 

Gdy brak jasności dokucza coraz bardziej, przychodzi niepokój i rozpacz. Serce niebezpiecznie zwalnia. Kurczy się i milknie. Usycha i wykrusza. Aż w końcu zostaje po nim pusta przestrzeń. Coraz większa, chłodniejsza i ciemniejsza otchłań. Gubimy się we własnym mroku nie potrafiąc znaleźć drogi powrotnej do siebie. 

A później znów nadchodzi noc i przykłada senny kompres. Niesie chwilową ulgę, która przestaje w końcu działać pomimo usilnych prób. 

Tymczasem za horyzontem wschodzi niewzruszone słońce, powtarzając swój odwieczny cykl. Nadchodzi kolejny dzień, w którym ponownie powinniśmy przyjść na świat. A my, zrezygnowani i niezdolni by znów się odrodzić znikamy powoli, kawałek po kawałku. Zostawimy po sobie tylko smugę szarego dymu na brzoskwiniowym tle świtania, która z czasem zostanie rozwiana przez wiatr zapomnienia. Rozpłynie się w powietrzu aż nie pozostanie żaden, nawet najdrobniejszy ślad. 

Ale dla innych słońce wciąż będzie zachodziło, by mogli się odradzać wraz z jasnością. Do końca swoich wschodów.









Popularne posty z tego bloga

Ręce

Takie podatne

Na chwilę