Kimkolwiek była

Lubiła się budzić i wstawać wraz ze słońcem. I stokrotki pokryte koralikami rosy. Gdy podnoszą główki i rozkładają płatki by chłonąć światło dnia.

Lubiła chodzić boso po mokrej trawie. I gdy krople deszczu kapały jej na palce. Spływały po nadgarstkach i przedramionach aż wsiąkały w skórę. 

Miała zimne dłonie i falujące od wilgoci włosy. Lubiła tonąć w zbyt wielkich swetrach i wytworach swojego umysłu. Spacerować wśród zieleni i gdy uczucie bywa nienazywalne.

Lubiła uśmiech w mrugnięciach chwil. Głębię ludzkich oczu i rozmowy spojrzeniem. Rozkładała w myślach skrzydła by się wznosić tuż nad drzewami. Lecieć lekko, głaskana wiatrem i słońcem.

Gubiła się, potykając o to co wypada. Nie rozumiała nienawiści i ufała za mocno. Nie pasowała do tego świata. Marzyła by się uwolnić od masek i ról. I żeby ktoś schował jej dłonie w swoich.

Pragnęła niczego nie potrzebować i nie musieć spać. Móc otulać się ciemnością usłaną gwiazdami i w milczeniu nocy zatracać się w nieskończoności przestrzeni.

I lubiła nie patrzeć. Zamykać oczy. Wtedy czuła mocniej. Słyszała siebie, kimkolwiek była. I znajdowała siebie. Gdziekolwiek istniała.






Popularne posty z tego bloga

Ręce

Takie podatne

Na chwilę