Gdziekolwiek, do siebie
Znów ją widziałam.
Szła chodnikiem, po tej stronie gdzie zbrązowiałe i suche już liście były zamiecione w kupki. Tam, gdzie było mniej ludzi. Za nieobecnym wzrokiem ukrywał się milion myśli, które przenikając się wzajemnie walczyły o uwagę. Szła, będąc we własnym uniwersum, ignorując świat zewnętrzny. A może tylko stała w miejscu i poruszała nogami, a świat się przesuwał?
Chodziła z palcami zwiniętymi do środka dłoni. Lubiła ściskać własne opuszki palców, czuła się wtedy dziwnie bezpiecznie. Poza tym tak było jej cieplej w wiecznie zimne palce. Ale tego nikt nie dostrzegał, bo ręce zawsze miała schowane w przydługich rękawach za dużych swetrów.
Szła przed siebie, tam gdzie prowadził wiatr, gdzie wiodło przeczucie. Lubiła się zatracać w wędrówce. Gubiła się w uliczkach i ścieżkach, traciła poczucie czasu i rzeczywistości. Noga podążała za nogą. Zapętlony w słuchawkach muzyczny kawałek leciał po raz kolejny. Skłębione stado myśli turlało się z jednej strony na drugą, walcząc o uwagę. Chaos i hałas, huk i harmider, forte i staccato. Wraz z każdym krokiem wataha niemądrych pytań, niepewnych wątpliwości i niepełnosprawnych pomysłów kołysała się miarowo, uspokajając swoje bestie jedna po drugiej. Siad, leżeć. Jak psy, układały głowy między łapami i zamykały oczy do snu. Czuła, że wszystko co za mocno ściskało, stopniowo się luzowało, aż puszczało zupełnie. Wtedy nastawała cisza. A ona zdejmowała słuchawki i zwalniała krok. Mogła w końcu usłyszeć swój oddech, który stawał się głębszy i spokojniejszy.
To była jedna z niewielu rzeczy które robiła tylko dla siebie i pozwalała sobie na nie bez wyrzutów sumienia. Na które znajdowała czas. Jedna z niewielu rzeczy kojących i przynoszących ulgę.
Szła tam gdzie czuła, że powinna iść wiedziona instynktami. Tam, skąd coś wołało. Przeważnie docierała na odludzia. Na łąki, pola, obrzeża lasu lub osiedla domków, gdzie było cicho i spokojnie. Gdzie beton nie przysłaniał nieba i można oddychać przestrzenią.
Często zdążała gdzieś na zachód słońca. Uwielbiała ten moment dnia. Uważała, że to przywilej móc być świadkiem takiego spektaklu. I była wdzięczna, kiedy mogła dostąpić zaszczytu oglądania go. Zdarzało jej się egoistycznie i naiwnie myśleć, że ten zachód dziś był dla niej. Że coś pozwoliło jej dotrzeć na czas. Ot, taka iluzja dzięki której mogła się na chwilę poczuć wyjątkowo.
Miała swoje miejsca, do których lubiła uciekać. Żeby nikt nie wiedział gdzie jest i nikt nie mógł jej znaleźć. Miejsca, które potrafiły zachwycić po raz kolejny. Niby zwykłe drzewa, krzewy i łąki, ale za każdym razem inne, zmieniające się dzięki pogodzie i porom roku. Cudowny, ożywiający zapach świeżego powietrza i wilgotnej ziemi docierający do płuc. Tlen przedostający się do krwiobiegu wraz z zapachem, docierającym po same opuszki palców. Krajobraz sycący oczy barwami natury, otulający miękkimi konturami lekko zamglonego widoku. Jednostajny i subtelny szum pozostałych na drzewach liści grający wraz z ciszą i przygaszonym światłem zachodzącego słońca tworzyły spójne akordy durowe i molowe. Piano, legato. Tam mogła puścić swobodnie ręce i głowę, bezpiecznie zamknąć oczy i tylko odczuwać. Mogła się unieść i lekka jak piórko dryfować ponad rzeczywistością. Tam wracała do siebie. Czuła, że jest częścią właśnie tego świata, że jest w domu.
A gdy robiło się całkiem ciemno i bardzo późno, ogarniał ją niepokój i żal. Musiała już iść. Miała wrażenie jakby coś ją trzymało w ramionach i nie pozwalało odejść. Nie chciała żeby puszczało. Bała się, że to mógłby być ostatni raz. Jakby to był sen, do którego nie da się wrócić po przebudzeniu.
Zawijała jak statek pod wiatr, walcząc z oporem. Szła powoli żeby się stopniowo oswajać z żalem. Zaciskała mocniej pięści, upewniając się, że jest ze sobą. Zamykała oczy, aby jak najwięcej obrazów i barw zostało pod powiekami. Oddychała głęboko, by jak najwięcej pachnącego wolnością powietrza zabrać w sobie.
I obiecała, że znów przyjdzie. Gdziekolwiek ją poniesie. Wróci do siebie.
