W lustrzanym odbiciu dnia


Tam, gdzie kończy się dzień. Gdzie światło miesza się z cieniem i stopniowo staje się ciemnością. Gdzie odbijają się senne marzenia. Gdzieś tam zaczyna się noc.

Tam czas zwalnia, jakby przestał mieć znaczenie. Tam można być i nie być. Pozwolić powiekom, by w końcu opadły swobodnie. Zupełnie jak kurtyny teatru życia, w którym tak rzadko bywamy sobą, że zapominamy kim jesteśmy. Rozchylone wargi, powtarzające to, co chcą usłyszeć inni, nie mają siły już szeptać.

Opaść lekko w miękką chmurę ciszy, pozwolić się objąć bezbrzeżnej, ciemnej przestrzeni, która po chwili przyjemnie się kurczy, nieśmiało tuląc się do porów skóry. 

Pozwolić sobie nie istnieć przez chwilę. Nie być dla nikogo. Dryfować błogo w granatowym puchu, powoli i delikatnie rozcieńczając się, jak kropla mleka w kawie, by ostatecznie wsiąknąć miękko w przytulny cień dnia.

Ukoić ból niespełnionych pragnień i zawiedzionych oczekiwań. Wypłakać nadmiar łez, pozwalając im swobodnie płynąć w intymnej ciszy, pełnej godności i szacunku, na które w pełni zasłużyły. Przestać się dusić z braku powietrza, zagarniętego przez przytłaczającą konieczność bycia dla innych, ciągłego noszenia masek i nieprzerwanego grania ról.

Wziąć oddech, zanurzając się w swoje wymyślone światy, które paradoksalnie dopiero w ciemności nabierają odwagi, by wyłonić się na świat. Wyplatać pod powiekami senne scenariusze, które i tak nie będą miały szans zaistnieć na scenie życia, ale pozwolą na moment zachłysnąć się imitacją szczęścia lub wlać kroplę pozornej nadziei.

Tam, w lustrzanym odbiciu dnia można na jedno dłuższe mrugnięcie odwrócić wszystko do góry nogami. Bo gdy gasną światła i ustaje szum, zaczynasz słyszeć siebie , swoje pragnienia i swoją ciszę...