Z kroplą deszczu


Słyszysz jak pada? 

Powietrze pachnie wilgocią, wyjątkowo ciepłą jak na tę porę roku. Krople osiadają lekko na oknie i spływają nieśpiesznie, zatracając się w swoim ezoterycznym tańcu. Inne lądują na parapecie, rytmicznym skapywaniem zaznaczając swą obecność. Te, które dolecą dalej, rozmywają się we wzajemnym szumie. Podzielone na głosy w kanonie tylko sobie zrozumiałego szeptu, dosięgają ziemi. I rozbijają się miękko o jej powierzchnię, rozpryskując się na tysiąc sobie podobnych drobinek. W końcu przenikają się wzajemnie i łączą w jedność aż wsiąkną w ziemię w odwiecznym rytuale odrodzenia. 

Wpływają pomiędzy ziarnka piasku, podróżują w głębię aż dosięgną uśpionych korzeni drzew. Spływają na misternie splecione kłącza, budząc je delikatnie z głębokiego snu. A one, spragnione wody chłoną łapczywie, napełniając powoli swoje wnętrze życiem. Za jakiś czas będą mogły się narodzić na nowo i wydać na świat zielone pąki.

Otwieram okno, siadam na parapecie i wyciągam ręce. Orzeźwiające krople lądują miękko na skórze, spływając po palcach ku nadgarstkom. Wsiąkają powoli... Też chciałabym się wybudzić. Chciałabym móc. Chciałabym potrafić. Siedzę z otwartymi ku górze dłońmi i z ostatnią, kruchą i przywiędłą już sadzonką nadziei, że woda przybywająca z nieba tchnie i we mnie odrobinę życia. Zamykam oczy, w milczeniu wtapiam się w cichy szum. I czekam. Na to, co się wydarzy, co przyniesie los. Poddaję się temu w spokoju. Nie mam już sił by walczyć. Może na wszystko musi przyjść czas. Może to już, może jeszcze nie teraz. A może nigdy. Poczekam. Jeszcze trochę...