Kroplami nasączone

Tego nie da się zrozumieć, wziąć na logikę. Nie sposób obliczyć, zmierzyć, ująć w ramy definicji. To się po prostu czuje. W sobie. 

Na początku się chmurzy, uczucie ciężkości przytłacza myśli. Nadciąga napięcie i niepokój, zbiera się cała gorycz i żal, które przestają się mieścić i napierają na krawędzie wytrzymałości. Potem coś pęka i pojawiają się one: mokre, dziwne, zniekształcające widok i zamazujące świat. Nie zawsze mile widziane, czasem wręcz niechciane, ale tak bardzo potrzebne. Czasem spływają po policzkach, po twarzy. Czasem po gałęziach, płatkach i liściach. 

Najpierw pojawia się jedna, drobna i nieśmiała. Potem dwie, trzy. Aż wypłyną jedna za drugą,  łącząc się w strumienie, tworząc rwące potoki. Zabierają po drodze kurz i pył, wyświechtane fragmenty myśli, brudne pozostałości dnia. Porywają ze sobą drobne kamyki o które się tyle razy się potykaliśmy, przesuwają kłody wydające się nie do ruszenia. Żal i ból wpadają w deltę rzeki i wylewają się wraz z nią. Krople łez niosą ukojenie, ulgę. Koją rozpalone policzki i zwilżają nabrzmiałe usta. Wypłukują przygnębienie, roztapiają rozgoryczenie aż się rozpuści jak lód na słońcu i wyparuje płynąc po ciepłej skórze. 

Tak ulewny deszcz jak i potok łez wykańczają, pozbawiają energii. Nogi stają się słabe i odmawiają posłuszeństwa, ręce więdną i zwisają bezwładnie. Serce bije tylko z przyzwyczajenia, wolniej niż zazwyczaj. Powieki opadają, a ciało pragnie snu. Długiego i nieprzerwanego, spokojnego snu. 

Później się budzisz. Tętnienie serca wraca do swojego rytmu. Już jest spokojniej, jaśniej. Powietrze staje się miękkie i przejrzyste, obraz wyraźniejszy. Na Twojej drodze zrobiło się czysto. Jest miejsce na to co nowe, świeże. Łzy oczyszczają, zupełnie jak deszcz, którego krople poją ziemię, pozwalają roślinności wypuścić pączki, urosnąć, zakwitnąć. 

Bierzesz głęboki oddech i odczuwasz ulgę. Czujesz pod skórą, jak napływa nowa, dobra energia. Przenika przez wszystkie tkanki i napełnia je, a one chłoną i sycą się spragnione. Nasiąkają jak jedwabna tkanina zapachem perfum, jak wilgotny papier pastelową akwarelą. Subtelna jasność wchłania się z oddechem, krąży w krwiobiegu i rozprowadza gdzieś w środku jak balsam. Z początku delikatna i nieśmiała. Potem, jeżeli jej tylko pozwolisz, urośnie. Może nawet zakwitnie. Aż poczujesz, że już jest dobrze. 

Będzie, choć na trochę. Jeśli pozwolisz sobie nasiąknąć. Bo po deszczu, chociaż na chwilę kiedyś wyłania się słońce...