Hania

Uwielbiała magnolie, bzy, niezapominajki i zapach róż. Woń olejku różanego z Bułgarii, trzymanego w fiolce schowanej w drewnianym, rzeźbionym puzderku roznosił się po całym jej pokoju. A ona siedziała na brzegu łóżka, czesząc włosy. Miała na sobie jasną koszulę nocną z dekoltem obszytym koronką i rozwiązaną tasiemką. Pamiętam jej palce, którymi odgarniała włosy ze skroni i ruch dłoni gdy zwijała warkocz i upinała go wsuwkami w koka. Wpatrywałam się w profil jej twarzy z dziecięcą ciekawością i chłonęłam chwilę. 

Pamiętam jak robiła herbatę w szklance z uszkiem i sposób w jaki kroiła kromkę chleba w kostkę, żeby lepiej smakowała. Pamiętam wspólne zbieranie ciepłych jajek z kurnika, plewienie w ogródku i sadzenie kwiatów. Pamiętam aromat krzewów pomidorowych, liści lubczyku i natki pietruszki, otoczonych innymi pnączami, bulwami, krzakami i drzewami. I smak malin, poziomek, czarnej porzeczki, gruszek i śliwek, które też rosły z tyłu domu, doglądane przez nią troskliwe.

Kiedyś ostrożnie złapała maleńkiego wróbla, który wleciał do starej szopy i szamotał się przy zamkniętym oknie, próbując się wydostać. Pokazała mi go z bliska, zachęcając żebym delikatnie pogłaskała go po głowie moimi dziecięcymi palcami. Uśmiechnęła się lekko i wypuściła ptaka na wolność, odprowadzając go wzrokiem ku niebu. Pamiętam jej dobroć i łagodność. I oczy pełne czułości i ciepła, którymi na mnie patrzyła...

Miała na imię Anna. Ale mało kto to wiedział, wszyscy wołali ją Hania. 

Pojawiła się na tym ziemskim padole w marcu 1912 roku i wychowała w niezbyt majętnej rodzinie. Ba, bieda aż piszczała. Rodzice dużo dzieci mieli, jak to w tamtych czasach bywało. Bóg dał, Bóg zabrał. A trochę się ich ostało, siedem gęb do wykarmienia. Rodzina jaka była, taka była. Powiadają, że matka Hani uroki potrafiła rzucać, a ojciec niezbyt dobrym był człowiekiem.

Jako dziecko Hania pasała krowy na pastwisku w zamian za suchą kromkę chleba. Biegała boso, wiecznie umorusane niebożę, bo i butów nie miała i odzienie ubogie. Jak wybuchła wojna, Hanię zaciągnęli do obozu pracy. Bała się, ale robiła co kazali. Przeżyła. Pomimo zimna, głodu, bólu, chorób, gwałtu. Silna była. Przetrwała.

Jakiś czas później urodziła córkę, którą opiekowała się najlepiej jak umiała. Nieba by jej przychyliła, gdyby tylko mogła. Harowała ponad siły, żeby dziecku jeść dać, coby trzewiki jakie miało i ubranie i mogło iść do szkoły. Sama bez butów chodziła, często głodna. Pracowała jako kucharka, w polu robiła, szyła, roboty szukała gdzie mogła bo każdy grosz był na wagę złota. Kury miała, to i jajka za mleko wymieniała. Obrotna była, jakoś sobie radziła. Chociaż lekko nie było, bo to wstyd i hańba mieć dziecko nieślubne. Ludzie jej unikali, krewni nie chcieli znać, nikt nie pomagał.

Ręce miała spracowane, ale włosy piękne i gęste. Splatała je w długi i brązowy warkocz, który zwijała w koka nad karkiem. Oczy miała jasne i łagodne, a policzki rumiane. Nawet jeden był taki w miasteczku co za żonę ją chciał, nie zważając że panną z dzieckiem była. Lepsze życie jej chciał dać. Ale ona nie chciała. Pomimo, że dobrze mu z oczu patrzyło. Głupią ją nazywali, ale bała się, że mógłby dziecku krzywdę wyrządzić. A na to nie mogła pozwolić.

Lata później córka jej wyszła za mąż. Dom wybudowali, to i Hanię pod dach wzięli. Oboje studiowali, pracowali, to i Hania pomagała jak mogła. Domem się zajmowała, trójką ich dzieci się opiekowała. Głód już nie doskwierał, spać mogła bezpiecznie. Ale nigdy, przenigdy się nie położyła dopóki wszystkich w domu nie było. Nigdy niczego nie wyrzucała ani nikomu wyrzucać nie pozwalała. Wszystko było ważne, wszyscy byli najważniejsi. I nikt nigdy zła od niej nie zaznał.

Hani wnuki wyrosły, rodziny pozakładały, to i gromadki prawnuków się doczekała. A że dom można było rozbudować, to i piętro dorobili. Na parterze została Hania z córką, zięciem i wnukiem, a na piętrze jeszcze wnuczka z mężem i dwiema prawnuczkami zamieszkała. 

Czas mijał, Hania wciąż pracowita była, zawsze chętna do pomocy. Prosta i skromna, ale mądra, nadzwyczaj cierpliwa i z sercem złotym. Tyle ciepła z niej biło, że zawsze dla wszystkich wystarczało i jeszcze zostawało. Odchowała dzieci, wnuki i prawnuki, dogadzając jak umiała swoją obecnością, troską, opieką. Obdarzała miłością swoich ponad wszystko. Dla każdego zawsze znalazła czas. Była przy nich i dla nich w każdej chwili. Gdy ktoś nie mógł lub nie chciał, zawsze była Hania. Wysłuchała, pozwalała się wypłakać, pogłaskała po głowie, przytuliła. To, co z siebie dawała było jak ciepła i miękka kołdra, plasterek na ranę, jak magiczne zaklęcie.

Ona sama wdzięczna była. W jej dobrych oczach to widziałam. Wdzięczna była za to co miała, za każdy dzień, za każdą spokojną noc. Za słońce, które co rano ją budziło, za to że miała gdzie spać i co jeść. Za życiodajny deszcz i za żyzną ziemię, w której rosło wszystko co posadziła swoimi dobrymi dłońmi. I za kwiaty, które uważała za cud. Uwielbiała ich kolory, delikatność i zapach. Miała nawet swój ogród, swoje miejsce na tym świecie. A córka obdarowywała ją cebulkami i nasionami najpiękniejszych roślin jakie tylko mogła dostać, coby Hani serce i oczy radowały.

Ogród znajdował się przed domem, był w kształcie kwadratu. Na środku stał szary betonowy kielich, w którym kwitły różowe pelargonie, wylewające się z brzegów że swoim bujnym listowiem i kwieciem. Naokoło wyznaczone były grządki, a na nich wystrzeliwały prosto w górę pachnące miniaturowe goździki, jasnoróżowe i białe. Przed nimi rosły białe lilie, fioletowe irysy, żółte i czerwone tulipany. Dalej były pomarańczowe i czerwone dalie,  a fioletowe i żółte orliki też miały swoje miejsce. Jeden bok ogrodu otulały białe, purpurowe i liliowe bzy oraz różowe migdałki i śnieżnobiały jaśmin. Drugi bok wypełniały bielutkie konwalie, żółte pierwiosnki, błękitne niezapominajki i czerwone oraz różowe róże. Przód usłany był fioletowymi sasankami, krokusami, białymi przebiśniegami, drobnymi szafirkami. Towarzyszyły im też wiosenne narcyzy, hiacynty i zwiastujące lato maki, bratki. Był groszek pachnący, wysokie malwy, cudna lawenda, słodki łubin i wiele, wiele innych których nazw nie znam lub nie pamiętam. 

Ale pamiętam jak bardzo Hania ten ogród kochała i jak o niego dbała. Spędzała w nim wolny czas, plewiła, siała, sadziła, podlewała i uśmiechała się przy tym lekko, nucąc po cichu znane sobie melodie lub szepcząc do kwiatów. Pamiętam radość w jej oczach gdy rodził się kolejny pączek, gdy każdy najdrobniejszy kwiat rozkwitał. Każdy był niezwykły, niepowtarzalny i wyjątkowy.

A ja do tej pory noszę schowany skrzętnie w zakamarku serca zapach olejku różanego i kwiatów, który pamiętam z dzieciństwa. Otulał rozkosznie, wypełniając w całości i obezwładniając. Wlewał się z ogrodu przez otwarte okno wprost na piętro rodzinnego domu...