Za drzwiami codzienności
Zawsze dobrze wiem. Wiem, co będzie się działo, gdzie popłynie, dokąd dotrze. Jak mogłabym nie wiedzieć? Przecież płynie jak zwykle: wyznaczonymi ścieżkami, znanymi trasami, według ustalonych norm. Tak jest dobrze, bezpiecznie. Według planu. I może czasem chciałabym, żeby coś potoczyło się inaczej, ale szybko wyganiam tą myśl za drzwi, zaprasowując pieczołowicie mankiety koszuli i kant spodni. Jak zawsze. Mogę to robić z zamkniętymi oczami, palce znają ruch na pamięć.
Po staremu, po mojemu. Wczoraj
się sprawdziło, dziś się sprawdzi, jutro pewnie też. Codziennie wstaję i widzę
w lustrze to co zwykle. Ta sama zmęczona twarz, te same oczy pozbawione blasku,
blade policzki. Niezmiennie, normalnie, zazwyczaj. Bezpiecznie, ale jednak
jakoś ciężko, przytłaczająco. Dlaczego bywa, że gasnę? Przecież robię to co zawsze.
Kiedyś się sprawdzało. Kiedyś…
A gdyby tak coś zmienić? Na
dłoniach mam odciski od ściągania wodzy. Trzymam na smyczy, kontroluję. Pozwolić, dać się ponieść?
Niech się dzieje, niech płynie? Stracić kontrolę to zaufać, tak innym jak i sobie. Odpuścić to odkryć
swoje słabości, narazić się na niebezpieczeństwo zranienia, pogubienia, porażki. Nie wiem dokąd popłynie. A jeżeli stracę grunt pod nogami? Wieje rutyną. Wieje mocno. Aż robi się przeciąg i uchyla lekko skrzypiące drzwi, przez które wpada świeże powietrze i
kuszący zapach innego. Zaprasza, zachęca...
A więc wyszłam. Już z daleka
słychać dudnienie basów, zza których przebija się muzyka. Wchodzę pomiędzy
ludzi, w półmrok, raz po raz przerywany ostrymi smugami kolorowego
światła. Porywa mnie rytm i tłum. Ciało zaczyna reagować na dźwięki, w głowie
przewija się milion myśli. Czy mogę, wypada, co tu robię? Czarna, opięta
sukienka bez pleców uśmiecha się zalotnie, lśniące bransoletki pobrzękują i
puszczają oczko. W dłoniach czuję ciężar i chłód dużego, pękatego kieliszka z
kolorowym napojem. Dobry, słodki, nawet bardzo dobry. Łyk, dwa. Lampka, trzy.
Napięcie schodzi, odpuszcza. Znasz ten stan. Powieki lekko opadają, napływa
przyjemna fala błogostanu. Smycz wypada spomiędzy palców. Niech leci... Wpadam
w oszałamiający sztorm dźwięków. Zamykam oczy, daję się ponieść. Słyszę tętniący
łomot serca, czuję jak krew pulsuje w skroniach. Jest tak dobrze... Tak jest
dobrze. A niebo jaśnieje.
A może mogłabym tak cały czas?
Nie, nie mogę, nie powinnam. Budzę się z ciężką głową, jeszcze słyszę szum.
Muszę wracać. Złapać równowagę, znaleźć balans. Pod stopami leży smycz.
Podnoszę ją, delikatnie otrzepując z kurzu. Z czułością obracam w dłoni i
wplątuję z powrotem pomiędzy palce. Napina się lekko. Prowadź, albo ja
poprowadzę. Starannie wyprasowana koszula z kołnierzykiem wisi na wieszaku,
obok leżą spodnie z równiutkim kantem. Spod nich nieśmiało mruga bransoletka…
Czas wracać.
