Lubiesień
Lubię, gdy przychodzisz. Czekałam na Ciebie cały rok, tęskniłam. Wejdź, zaparzyłam herbatę i upiekłam szarlotkę z cynamonem. Rozgość się i zostań jak najdłużej...
Lubię jesienne wspomnienia z dzieciństwa o ogrodzie przy rodzinnym domu. Wisiał tam hamak rozpostarty w cieniu drzew i krzewów, uginających się od owoców. Były na wyciągnięcie ręki: spadające dojrzałe jabłka, nabrzmiałe śliwki i soczyste gruszki, z których słodycz lała się po nadgarstkach aż po łokcie, pękaty agrest i moje ulubione, pachnące słońcem maliny. Gdy zapadał zmrok, charakterystyczny zapach palonych liści niósł się z przyjemnie chłodnym wiatrem przez pobliskie łąki, usłane wysokimi trawami w odcieniu starego złota. Pamiętam jesienne spacery, czerwień korali jarzębiny, pękające zielone kule z kolcami i mrugające ze środka brązowe, lśniące kasztany. Każdy się schylał, żeby schować choć jednego do kieszeni. Były też potężne i majestatyczne dęby ze swoimi śmiesznie małymi żołędziami, gubiącymi czapeczki w kształcie babcinego beretu. I było szuranie stopami w stertach opadniętych liści, radosne wpadanie z rozbiegu w ich sterty, ku wściekłości postaci z grabiami, wygrażającej palcem i wyzywającej od chuliganów i hultajów.
Lubię te chłodniejsze dni pod koniec sierpnia, zwiastujące zmianę pory roku. Zieleń, już nie tak soczystą, a ciemniejszą i spokojną, wyciszoną po letnich szaleństwach. Ciepłe barwy, spowijające roślinność. Miękkie światło nisko wiszącego słońca i aksamitne niebo. Czas, gdy świat bierze z ulgą głęboki oddech po upalnym lecie, ziemia paruje i pachnie świeżą wilgocią. Poranne i wieczorne mgły otulające gałęzie drzew jak chmury i swobodnie opadające z wiatrem kolorowe liście.
Lubię patrzeć, jak rozpętuje się wrześniowa burza, która swoją siłą i rozpędem zmiata resztki jarmarcznego, wakacyjnego gwaru. Gdy deszcz odżywia spragnioną wilgoci roślinność, oczyszczając ją z pyłu i kurzu mijającego lata. Krople spływają po źdźbłach trawy, nasączając suchą ziemię, a ona chłonie łapczywie wodę jak gąbka. Lubię, kiedy krople deszczu głaskają po włosach, twarzy, ramionach i koją rozgrzaną skórę. Uwielbiam orzeźwiający zapach budzącego się życia po burzy. Uspokaja, wycisza. Układa potargane i poplątane kłębki myśli, które nawijają się powoli na właściwe szpulki.
Lubię siedzieć w grubym i zbyt dużym swetrze, z kubkiem gorącej zielonej herbaty, ogrzewającym zawsze chłodne dłonie. Puchaty koc leży obok, tak na wszelki wypadek gdyby miał się przydać. Czuję, jak wraca we mnie życie po letnich upałach, z którymi zupełnie sobie nie radzę. Opuchnięte od gorąca ciało stygnie, a wieczorna, upojna rześkość powietrza przyjemnie wypełnia płuca i pozwala oddychać swobodnie. Z uśmiechem i sentymentem chłonę wszystkimi zmysłami najpiękniejszą porę roku, przepełnia mnie wtedy dziwna lekkość, błogi spokój, napływa nowa energia. Ot, trochę magii w tym zwyczajnym świecie...
